Google
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 sierpnia 2008

Policjant chce publicznych egzorcyzmów

wtorek, 5 sierpnia 2008 0

"Zwracam się z prośbą do Waszej Eminencji o spowodowanie odprawienia zgodnie z prawem kanonicznym publicznych egzorcyzmów w siedzibie komendanta wojewódzkiego Policji w Szczecinie" - to fragment listu, jaki jeden z zachodniopomorskich policjantów wysłał do abpa Zygmunta Kamińskiego - informuje radio RMF FM.Opętanym według policjanta ma być radca prawny Koordynatora Zespołu Prawnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie. Funkcjonariusz zaznacza, że zło mogło także rozgościć się w miejscach, gdzie radca przebywa, a więc w szczecińskiej komendzie wojewódzkiej, tamtejszej izbie radców prawnych, Uniwersytecie Szczecińskim oraz jego własnej kancelarii - informuje radio RMF FM.Mundurowy nabrał podejrzeń, gdy przeglądając jeden z portali społecznościowych, odnalazł profil radcy, a w rubryce "O sobie" wpisane słowa: "adwokat diabła". Policjant zatroskany o dobro wszystkich funkcjonariuszy nie wahał się i napisał list do metropolity szczecińsko-kamieńskiego.
"Eminencjo, są uzasadnione powody do domniemywania, iż mogło mieć miejsce opętanie jego samego lub miejsc, w których przebywa (…). Zwracam się z prośbą do Waszej Eminencji o wyznaczenie właściwej osoby duchownej i przeprowadzenie tych szczególnych w swej formie, koniecznych sakramentaliów, celem uchronienia wskazanej osoby i miejsc od działania Złego" - pisze w liście "zatroskany" o duszę policjant.
Złowione na onet.pl

niedziela, 30 grudnia 2007

Kombinacje Jarosława K.

niedziela, 30 grudnia 2007 0



Prof. Karol Modzelewski - historyk, badacz wieków średnich, wieloletni więzień polityczny PRL; jak sam o sobie mówi, buntownik. W 1964 r. razem z Jackiem Kuroniem napisał list otwarty do członków partii, w którym opisał partyjny aparat jako nową klasę wyzyskiwaczy. Aresztowany, skazany na 3,5 roku więzienia. Ponownie aresztowany w roku 1968. Doradca strajkujących w sierpniu 1980 r. stoczniowców. To on wymyślił nazwę "Solidarność". Rzecznik związku. 13 grudnia 1981 r. internowany. W latach 1989-1991 senator OKP, do 1995 r. honorowy przewodniczący Unii Pracy.

W Polsce ma
my dwa społeczeństwa w jednym. Między tymi dwoma częściami nie ma komunikacji

rozmawia Robert Walenciak

- Panie profesorze, przeczytałem nasze wywiady sprzed roku, sprzed dwóch lat, sprzed trzech... Chapeau bas! Pan to wszystko przewidział.
- Mówi pa
n, że przewidziałem, iż Kaczyński tak sobie załatwi sprawę, że urządzi przedterminowe wybory, które przegra?

- Tego pan nie powiedział. Ale mówił pan, że PiS - jeśli chodzi o sferę polityki socjalnej - operuje w sferze gadania, a nie faktów. I że będzie próbowało budować państwo policyjne. W związku z tym poparcie dla niego będzie krótkotrwałe.
- Tak powiedziałem?

- Tak.
- Więc muszę to zrewidować. Wcale nie wiem, czy poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości będzie krótkotrwałe. Zwycięstwo Platformy w październikowych wyborach było rezultatem głosowania przeciw. Decydujący wkład został wniesiony przez ludzi, młodych przeważnie, którzy mieli dość rządów Jarosława Kaczyńskiego, lub też takich, którzy tych rządów się obawiali. Ale to wcale nie znaczy, że poparcie dla PiS w istotny sposób się zmniejszyło. Ta partia dostała więcej głosów niż poprzednio, bo wessała elektorat LPR i Samoobrony. I zachowuje nadal znaczny elektorat ludzi sfrustrowanych, którzy mają poczucie wykluczenia.

My i Oni

- To znaczy...
- W Polsce zjawisko wykluczenia jest bardzo rozległe i dosyć trwałe. Jest oparte nie tyle na tym, że wielkim grupom społeczeństwa pogorszyła się sytuacja materialna, bo często jest to kwestia dyskusji, czy rzeczywiście to nastąpiło, ile na pogorszeniu się sytuacji społecznej, na obniżeniu prestiżu, na zmniejszeniu mobilności społecznej. Myślę o zakorkowaniu dróg awansu społecznego dla dużej części obywateli, którzy znaleźli się poza nawiasem dobrodziejstw modernizacji i cywilizacji.


Więcej >>>

Światełko w mrokach ciemnogrodu


Małe zwycięstwo państwa Wojnarowskich

Blisko 200 tys. zł odszkodowania i ponad 2 tys. zł miesięcznej renty przyznał wczoraj Sąd Okręgowy w Łomży małżeństwu Barbarze i Sławomirowi Wojnarowskim za odmowę wykonania badań prenatalnych. Sąd uznał, że lekarze popełnili błąd, przez co drugie ich dziecko urodziło się z taką samą wadą genetyczną jak pierwszy potomek. O sprawie kłopotów rodziny nauczycieli z Łomży „TRYBUNA” napisała jako pierwsza we wrześniu 2003 r.

Dramat państwa Wojnarowskich zaczął się cztery lata wcześniej. Wtedy ginekolodzy z łomżyńskiego szpitala – Leszek P. oraz Agnieszka G. – odmówili skierowania ciężarnej pani Barbary na badania prenatalne, w tym badania genetyczne płodu. Odmówili, chociaż istniały poważne obawy, że drugie dziecko może urodzić się z podobną wadą co starszy Mateusz. Tak też się, niestety, stało. Monika cierpi podobnie jak brat na skomplikowaną chorobę – hipochondroplazję kości.

Badania prenetalne były potrzebne, aby rodzice mogli zdecydować, czy wydać na świat kolejne ciężko chore dziecko, czy skorzystać z prawa do legalnej aborcji. I to prawdopodobnie było powodem zachowania lekarzy, którzy z powodów ideologicznych nie chcieli dopuścić do ewentualnego przerwania ciąży. Podjęli więc decyzję za Wojnarowskich, ale konsekwencje tego ponoszą, niestety, rodzice. Znaleźli się w skrajnie trudnej sytuacji, także materialnej, bo prawidłowe leczenie dzieci wymaga ogromnych pieniędzy. Roczna terapia może kosztować nawet 80 tys. zł, co dla nauczycielskiej rodziny jest kwotą nieosiągalną.

Wojnarowscy złożyli prywatny pozew o zadośćuczynienie i odszkodowanie przeciwko łomżyńskiemu szpitalowi. Sprawa ciągnęła się latami, by w końcu trafić do Sądu Najwyższego. Był to skutek apelacji od pierwszego orzeczenia łomżyńskiego sądu, który przyznał jedynie 60 tys. zł zadośćuczynienia Barbarze Wojnarowskiej za naruszenie jej praw jako pacjentki. SN 13 grudnia 2005 r. orzekł, że w sytuacji, w jakiej znaleźli się rodzice z Łomży, może im przysługiwać roszczenie o tzw. złe urodzenie. Uznał, że szkodą rodziców była konieczność ponoszenia dodatkowych kosztów na utrzymanie i wychowanie niepełnopsprawnego dziecka.
Więcej>>>

wtorek, 11 grudnia 2007

Nauka pozwoli grzeszyć do woli

wtorek, 11 grudnia 2007 0

Autor: Olga Woźniak
Masz ochotę napić się piwa, zjeść czekoladę, spać do południa? Nienawidzisz gimnastyki, za to kochasz pizzę? Pomogę ci
UWAGA! TEN ARTYKUŁ PRZEKAZUJE TREŚCI WYSOCE NIEPEDAGOGICZNE! DO CZYTANIA PO GODZ. 22


Siedzący obok facet otwierał drugą butelkę wina, a jego narzeczona od dziesięciu minut nerwowo ciągnęła go za rękaw: - Kochanie, może wystarczy? – przekonywała rozpaczliwym szeptem. – To ci na pewno zaszkodzi.– Chcesz, żebym umarł na zawał? – rzucił w jej kierunku o kilkanaście decybeli za głośno. – Wino jest dobre na serce! – podzielił się z kelnerem swoją wiedzą. – W gazecie pisali.
W ten oto sposób, siedząc w kawiarnianym ogródku w jednym z wakacyjnych kurortów, odkryłam prawdę, której bez skutku poszukuje wielu dziennikarzy: jak pisać, by twoje słowa zapadły w ludzką pamięć. Używajmy życia! W końcu są wakacje. A wyrzuty sumienia? Nauka rozgrzesza ze wszystkich słabości.
In vino veritas Dobrodziejstwa płynące z picia czerwonego wina to sztandarowy przykład na tłumaczenie naszych słabości. Z lubością zaczytujemy się w doniesieniach, jak to picie tego alkoholu cudownie działa na nasz układ krążenia (ze wstrętem zresztą odrzucając wszystkie ostrzeżenia dotyczące wątroby).
Niższą zachorowalność na chorobę wieńcową wśród Francuzów, którzy – jak wiadomo – spożywają duże ilości czerwonego wina, nazwano wręcz „francuskim paradoksem”. Dziś wiadomo, że ów paradoks wynika z substancji zawartej w skórkach winogron.
Ogranicza ona czynność płytek krwi i hamuje w naszym organizmie produkcję substancji zwanej endoteliną, która powoduje skurcz naczyń krwionośnych. Rzeczywiście, naukowcy twierdzą, że spożywanie ok. 250 mililitrów czerwonego wina dziennie może uchronić przed chorobą wieńcową.
Co zaś z tymi, którzy dowiedzieli się o tym za późno? Według badań naukowców z Uniwersytetu Josepha Fouriera w Grenoble nigdy nie jest za późno. Przez cztery lata badali oni 353 pacjentów po zawale serca. – W przypadku mężczyzn powyżej 40. roku życia, którzy pili dwa kieliszki czerwonego wina dziennie, ryzyko ponownego zawału było mniejsze o połowę w porównaniu z pacjentami niepijącymi – podsumował obserwacje prowadzący badania Michel de Lorgeril.
Czerwone wino w laboratoriach badaczy wykazało wiele innych cudownych właściwości. Jak donoszą specjaliści z Northeastern Ohio Universities Colleges of Medicine, resveratrol – związek występujący w czerwonym winie (w tym wypadku do użytku zewnętrznego) – może hamować rozwój wirusa opryszczki. Według innych badań (American College of Gastroenterology) u osób, które wypijają szklankę wina w ciągu tygodnia, obniża się ryzyko wystąpienia polipów jelita grubego, które mogą się przekształcić w złośliwe nowotwory.
I co? Od razu lepiej. Butelka Cabernet Sauvignon nie jawi się już jako dowód hedonizmu. To... po prostu lekarstwo.
więcej>>>

Była betanka ujawniła szokującą prawdę


Była betanka ujawniła dziennikarce Superwizjera TVN okoliczności buntu i szczegóły życia zamkniętego przed światem i kościołem klasztoru. Opowiada o biciu i molestowaniu przez towarzyszącego zakonnicom księdza.
- Siostra Jadwiga powiedziała, że skoro mieliśmy coś jeszcze zrobić, to ona wychodzi, a my mamy 20 minut, żeby to zrobić. Wyszła z pokoju, siedliśmy na jej łóżku. Zdjął mi majtki i sobie też zdjął i położył się na mnie. Leżał tak przez parę minut. Ubrał się, wstał i wyszedł. To było dla mnie tak dramatyczne, nie mogłam tego przeżyć, nie mogłam sobie znaleźć miejsca cały czas płakałam. Już nie wróciłam do normalności - powiedziała była betanka.Bicie, szarpanie, kopanie to tylko niektóre praktyki stosowane przez Jadwigę Ligocką wobec zakonnic. Była przełożona zgromadzenia nazywała to wypędzaniem złego ducha. Jakakolwiek próba nieposłuszeństwa kończyła się zawsze tak samo: wezwaniem do specjalnego pokoju i bicia - często przez wyznaczone do tego wcześniej inne zakonnice. Te seanse przemocy nazywano modlitwą - przekazywaniem światła.
- Najczęściej w trakcie takiej modlitwy Jadwiga nie wytrzymywała - wstawała, biegła do tej osoby i zaczynała okładać ja pięściami - opowiada dziennikarce Superwizjera zakonnica, która opuściła klasztor. - Na początku tylko ona biła. Potem także nam kazała się włączać. Mówiła, że nie umiemy walczyć o te siostry, nie kochamy ich, że pozwalamy diabłu je kraść. Czy ja pobiłam kogoś? Uderzyłam w twarz, ale tak z pięściami nie rzuciłam się. Nie umiałam tak bić. Siostra Jadwiga jakby wpadała w szał. Potrafiłaby nawet zabić, gdyby Jezus jej kazał - mówiła była betanka.Według byłej betanki pobitym można było być w każdej chwili: Wystarczyło, że jakaś osoba wiarygodna albo siostra Jadwiga czy ksiądz Roman powiedzieli – zauważyłem, że ta dziwnie się zachowuje, albo - jak ta na mnie spojrzała, diabelski wzrok, diabeł siedzi - i koniec. Jeśli taka siostra została wezwana do pokoju - była pobita. Dziewczyny panicznie bały się takich wezwań doskonale wiedziały, co je tam czeka. Miały siniaki, podbite oczy, podrapania. Żadna z nas nigdy nie pytała, co się stało. Wszystkie wiedziałyśmy, słychać było z pokoju krzyki, płacze. Żadna nie pytała, bo bałyśmy się. To był taki czas, że bałyśmy się wszystkiego. A poza tym, my naprawdę wierzyłyśmy, że to dla ich dobra, że taka jest metoda wypędzania złego ducha.- Przywódcą wszystkiego miał być o. Roman, a pomagać miała mu siostra Jadwiga. Mieliśmy szykować się na wiosnę Kościoła, ale zanim ona miała nadejść czekała nas walka z szatanem – powiedziała były betanka. Jak zaznaczyła, kilkakrotnie została pobita przez siostrę Jadwigę i inne siostry.- Wszystkie się bałyśmy, siostrzana atmosfera się skończyła, rozmawialiśmy tylko z zaufanymi siostrami - mówiła była zakonnica. Jak dodała, niektóre siostry były zamykane, nawet na miesiąc, by nie roznosić "złego ducha". Była betanka powiedział, że były także osobne pokoje do wypędzania złego ducha.Bicie i przemoc nie zamyka katalogu przerażających praktyk, które miały miejsce w kazimierskim klasztorze w czasie buntu. Była zakonnica, do której dotarła dziennikarka Superwizjera opowiada także o molestowaniu seksualnym i bardzo dziwnych relacjach między siostra Jadwigą a księdzem Komaryczką. Obydwoje roztaczali przed siostrami wizje nowego kościoła i nowych porządków. Wypędzanie złych duchów wynikało z tego, że od pewnego momentu w klasztorze zapanowała atmosfera nadejścia "wiosny Kościoła". Dziewczyny przestały być zakonnicami, a stały się wspólnotą zgromadzoną wokół siostry Ligockiej, uosabiającej Maryję i księdza Komaryczki, który miał być wcieleniem Jezusa. Wizja nowego Kościoła zaczęła dominować wśród zbuntowanych zakonnic. Zdaniem teologów zaczęła się apokaliptyczna wojna o dusze. Każdy, kto był przeciwko, miał w sobie Szatana. Należało z nim walczyć w obronie jedności grupy i dlatego każdy przejaw nieposłuszeństwa był natychmiast tępiony.Rozłam między zakonnicami ze Zgromadzenia Sióstr Rodziny Betańskiej zaczął się dwa lata temu. Na skutek protestów części sióstr w sprawie łamania regulaminu zakonu i wprowadzaniu nowych zasad przez przełożoną zakonu Jadwigę Ligocką w Kazimierzu, Kongregacja Watykańska odwołała ją z funkcji przełożonej i powołała na to miejsce nową zakonnicę. Siostra Ligocka nie zgodziła się z tą decyzją i wezwała zakonnice do obrony zakonu. Wraz z kilkudziesięcioma siostrami i księdzem Komaryczką zabarykadowała się w kazimierskiej siedzibie. Mimo apeli hierarchów kościelnych nie chciała opuścić Kazimierza. Decyzją sądu została eksmitowana wraz ze zbuntowanymi siostrami i księdzem Komaryczką.


Link do tego tekstu

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Piekło na ziemi

poniedziałek, 10 grudnia 2007 0

Masowe gwałty są tam zjawiskiem powszechnym

Towarzyszą im barbarzyńskie tortury, np. bicie ofiar pałkami czy kaleczenie nożami. Wiele młodych kobiet zostało zmuszonych do seksualnego niewolnictwa. Gdzie? W Demokratycznej Republice Konga.

– Owszem – mówi pułkownik Edmond Ngarambe, wiercąc się niespokojnie na drewnianej ławce. – Gwałty się zdarzają. Ale dotyczy to nie tylko nas. To samo robią Mai Mai, nieopłacani żołnierze rządu i Rasta. A niektórzy ludzie nasyłani przez naszych wrogów robią to, żeby wywołać gniew przeciw nam.
Fot. AFPSłowa pułkownika odsłaniają brutalną rzeczywistość stosowania gwałtu jako narzędzia wojny toczącej się we wschodnim Kongu. W miarę jak nasilają się konflikty w tym regionie, kobiety coraz liczniej trafiają do szpitali. Często nie mają pojęcia, czy napastnicy pochodzili z milicji Mai Mai, zbuntowanych oddziałów Tutsi, czy też należeli do grupy dezerterów z różnych zbrojnych grup noszących dready, nazywających się Rasta i znanych ze szczególnie brutalnego traktowania swych ofiar.Ludzie pułkownika Ngarambe z Demokratycznych Sił Wyzwolenia Rwandy rekrutują się z armii i milicji, które uciekły do Konga po dokonaniu w 1994 roku masakry Tutsi w Rwandzie. Obrońcy praw człowieka uważają ich za jednych z najgorszych przestępców jeśli chodzi o napaści na kobiety. W ostatnich dziesięciu latach konfliktu zgwałcili setki tysięcy z nich.Przemoc seksualna ma terroryzować i karać mieszkańców Konga popierających "niewłaściwą stronę" konfliktu. Jest ona tutaj tak rozpowszechniona, że organizacja Lekarze bez Granic twierdzi, iż 75 procent wszystkich przypadków gwałtu, z jakimi ma do czynienia na całym świecie, zdarza się we wschodnim Kongu. Na drugim miejscu, daleko za nim, jest Darfur.– Nie ma porównania między tymi dwoma miejscami – mówi Agustin Augier, który wcześniej pracował w Darfurze, a obecnie kieruje szpitalem w Rutshuru. – Tam wielu ludzi przebywa w obozach, ale tu jest znacznie bardziej niebezpiecznie.Liczba ofiar gwałtu szukających opieki medycznej rośnie, ponieważ konflikt, który już spowodował śmierć 4 milionów ludzi, rozpala się na nowo.Obrońcy praw człowieka twierdzą, że masowe gwałty to zjawiska powszechne w tym regionie. Towarzyszą im barbarzyńskie tortury, bicie ofiar pałkami, kaleczenie nożami, napaści z bronią. Wiele młodych kobiet zostało zmuszonych do seksualnego niewolnictwa.

więcej>>>
 
◄Design by Pocket Distributed by Deluxe Templates